Goris, Il était une fois dans le Caucase… // Był sobie raz Goris, na Kaukazie…

By Gosh, le 21/11/19, depuis New Delhi

Goris wita nas ciepłym słońcem, a w Airbnb czeka na nas urocza Lucine, która oprowadza nas po domu w stylu iście vintage. Louka mówi od progu, że w tym domu straszy. „Jest spoko”, zapewniamy niepewna wlaścicielkę, która tłumaczy, że wynajmuja gościom mieszkanie od niedawna, i że nie sa pewni przyjęcia. Dom z klimatem wszystkim nam się podoba, a ja czuję się jak u siebie, bo disignem bardzo przypomina wystrój polskich wnętrz za komuny, z serwisami i szklaneczkami z kryształu rowniutko rozłożonymi na regałach meblościanek. Po odbiorze kluczy idziemy „na miasto”, bo godzina popołudniowa i burczy już w brzuchach.  Seba, który czeka na nas przed domem, obcesowo daje się lustrować dwóm babeczkom stojacym na przeciwległym boisku szkolnym. Centralnie mu się przygladaja, podśmiechujac się przy tym rubasznie. No to Seba centralnie do nich podchodzi, coby też się razem pośmiać.

Motyw przygladania sie i mierzenia nas obcesowo jak przybyszów z innej planety bedzie powracać regularnie jako temat wiodacy naszej podróży). Jedna z pracownic szkoły  (dedukuję to po niebieskich fartuchach) łapie mnie dziarsko pod ramię i tak sobie idziemy, prowadzeni niewiadomo dokad, a ja chichoczę w duchu, że co dopiero przekroczyliśmy rogatki miasta, a już mamy tu znajomosci;) Z tajemniczymi Ormiankami o złotych zębach i trwałej ondulacji rozmawiamy trochę na migi, ale jakieś porozumienie między nami jest, bo pokazuja nam sekretna miejscówke lokalsów, gdzie będziemy sie wiernie stołowac aż do końca pobytu w Goris, za przysłowiowe „kilka groszy”.

Goris nous accueille avec un soleil et dans l’air’b’n’b nous attend la charmante Lucine, qui nous ouvre sa maison dans un style ô combien vintage. Louka dit que c’est une maison hantée. « C’est cool »,  je rassure la propriétaire peu sûre d’elle même, qui explique qu’elle loue depuis peu la maison et qu’elle n’est pas très habituée. On aime bien la maison, et moi je me sens comme chez moi, car la déco ressemble à celle des maisons polonaises pendant le temps de communisme, avec un service et des verres en cristal soigneusement répartis sur les étagères. Après avoir récupéré les clés, nous partons « en ville » car on a faim. Seb, qui nous attend à l’extérieur, se fait dévisager par deux  nanas dans la cour d’école en face. Elles le fixent sans gène, en gloussant  joyeusement. Eh bien, Seb n’a pas peur et les aborde frontalement, pour rigoler avec elles.

Par ailleurs, le fait de nous regarder fixement comme si nous étions des arrivants d’une autre planète devient un leitmotiv de notre voyage, cela nous arrive souvent. Une des employées de l’école (je le déduis aux tabliers bleus) m’attrape par le bras et on se laisse emmener je ne sais où : nous venons à peine de franchir les portes de la ville que nous avons déjà des amis ;). Avec des mystérieuses Arméniennes aux dents en or nous parlons un peu la langue des signes, mais il y a une entente entre nous, car elles nous indiquent un endroit secret, où nous dînons fidèlement jusqu’à la fin de notre séjour à Goris, pour « quelques centimes ».

Goris, miasteczko, w którym nic się nie dzieje….  czy aby na pewno? Sprzedawcy i sklepikarze stoja w dzwiach butików, przygladajac się przechodniom. Koło domu mieści sie mała poczta, w której pracuja trzy kobiety. Ruch musi być tam jak „w Paryżu na wsi”, bo pracownice wychodza na dwór posiedzieć sobie na murku i pogrzać się w jesiennym słońcu. Na poczcie można kupić artykuły rozmaitej maści : papier toaletowy, płyn do mycia szyb, zapałki, ale z wysłaniem pocztówki za granice jest już znacznie gorzej. Najpierw pani skrupulatnie oglada kartki pocztowe, pyta „dlaczego nie ma na kartce mojego adresu ?”, po czym zbita z tropu oddala mnie z kwitkiem do głównej poczty, bo nie może uiścić takiej usługi. Trochę wściekła wracam do domu, ale już za chwilę pani z poczty puka do drzwi, jako że rozwiazała problem, dzwoniac do przełożonego (a moze do ministra spraw zagranicznych?). Tłumaczy, że nigdy nie wysyłali kartek pocztowych za granicę;)

Goris, une ville où il ne se passe rien …. t’en es sur ? Les vendeurs et commerçants se tiennent aux portes de leurs boutiques et scrutent les piétons. Près de la maison se trouve un petit bureau de poste où travaillent trois employées. La circulation journalière ne doit pas être forte, car les femmes sortent dehors souvent, s’asseyent sur un muret et se réchauffent au soleil d’automne. Au bureau de poste, vous pouvez acheter divers articles : papier toilette, nettoyant pour vitres, allumettes, mais un envoi de cartes postales à l’étranger n’est pas bien simple. Tout d’abord, l’employée regarde attentivement les cartes postales, en cherchant  mon adresse  dessus ?… Confuse, elle me renvoie à la poste principale. Je rentre chez moi un peu furax, mais dans un petit  instant, la dame frappe à la porte en disant qu’elle a résolu le problème en appelant son supérieur hiérarchique (n’était-ce pas le ministre des Affaires étrangères, êtes- vous sûr?). C’est la première fois qu’elle envoie des cartes postales à l’étranger, m’explique-t-elle.

Życie płynie tu leniwym nurtem, jakby czas się zatrzymał. Prowincjonalne miasteczko, położone daleko od stolicy, trochę bliżej mu do granicy z Iranem. Co tu robić ? Dosyć szybko obchodzimy centrum i kilka centralnych ulic. Chmm, tydzień w Goris, powiadasz ? Sa tu jakieś muzea, coś na zabicie czasu? Szara betonowa archirektura trochę przytlacza, a kiedy pogoda się pogarsza, robi się lekko deprymujaco… Na szczęście mamy co robić w Goris, następnego dnia jesteśmy umówieni w centrum francuskojęzycznym z Carmen, nauczycielka od francuskiego, która prowadzi zajęcia dla młodzieży. Cieszymy sie na to spotkanie.

Otwiera nam charyzmatyczna i piekna Carmen,  i w doskonałym francuskim oprowadza nas po ośrodku. Przy stole siedzi kilka dziewczyn z nauczycielka od muzyki. Dziewczyny, trochę spięte z poczatku, daja się wciagnać w rozmowę, a póżniej wszyscy razem śpiewamy entuzjastycznie piosenkę „o Armenio”. Umawiamy się z Carmen i dzieciakami na następne spotkanie, na którym opowiadamy w wersji francuskiej bajkę pt „Zupa z kamienia”. Okazuje sie, że dziewczyny dobrze łapia nuianse językowe, a my mamy frajdę z warsztatów.

La vie coule ici paisiblement, comme si le temps s’était arrêté. Une petite ville de province, située loin de la capitale, plus près de la frontière iranienne. Qu’allons-nous faire ici ? Nous faisons rapidement le tour du cœur de la ville. Une semaine à Goris, dis-tu? Y a-t-il des musées, quelque chose pour passer le temps? L’architecture en béton gris est un peu écrasante, et quand le temps se dégrade, cela devient un peu déprimant … Heureusement, nous avons quelque chose à y faire, car le lendemain nous avons un rendez-vous au Centre Culturel Francophone de Goris, association créée dans le cadre de la coopération entre Vienne et Goris, membre des clubs francophones de SPFA. Nous attendons avec impatience cette rencontre.

Carmen, une charismatique enseignante de français, nous accueille au centre, et en excellent français nous fait découvrir l’association. A l’intérieur il y a quelques filles assisses autour d’une table, studieuses. Les enfants viennent trois fois par semaine pour des cours de langue. Les filles, un peu timides au début, se relâchent et entament une conversation avec envie, soutenues par leur prof impliquée. Carmen exerce son métier avec passion, et beaucoup d’intelligence.  Son enthousiasme est palpable. Puis nous chantons tous ensemble la chanson « Arménie ». Nous prenons un prochain rendez-vous avec Carmen et les enfants au cours duquel nous racontons en français un conte « Soupe au caillou ». Il s’avère que les filles repèrent bien des nuances linguistiques, il y a une belle écoute. Nous rencontrons également Taguhi, psychologue qui travaille à l’école dans un dispositif ressemblant à nos ULIS. Nous échangeons autour des outils et nous rendons compte que nos approches du handicap sont similaires.